Zainspirowana wpisem Parole....
Jagoda - owoc o mięsistej, niepękającej owocni, zbudowanej z zewnętrznego egzokarpu oraz zmięśniałego mezokarpu, wypełniającego całe wnętrze owocu
Pamiętam ten dzień dokładnie. Byłam wtedy jeszcze w podstawówce. Babcia obudziła mnie skoro świt ,brzęczącą blaszaną bańką, oznajmując, ze naczynie to ma być pełne jagód., jako cudowne oderwanie się od nauki i co sobotniego sprzątania ....Zabierając mnie i dwie moje kuzynki obiecała ze będzie fajnie...
Było....
Na początku nudny , ciągnący się dzień. Przysypiałam w lesie, bo zbudzić mnie w weekend wcześniej niż o 10 - poddać należy surowej karze. Zbierałam co prawda jagody bardzo szybko – ale lądowały w większości nie w bańce tylko w moim brzuchu. W końcu zdyscyplinowana tym , ze wszystkie już miały ponad polowe , sama wzięłam się za robotę . ( babcie nie było co gonić – bo ona już nie bańkę a wiadro 3 razy większe kończyła ) . I mi w końcu udało się uzbierać prawie całą. Wszystkie 3 miałyśmy już dość ( oprócz babci rzecz jasna), która przeskakiwała niczym zając z jednej kępki na drugą zapuszczając się coraz bardziej w głąb lasu.
W końcu wymarzony fajrant... .. i ....hym... gdzie my jesteśmy ? Nam młodym, wydawało się ze trzeba iść w prawo , ale babcia , która las uważała za swój drugi dom - uparcie pchała nas w lewo.. Spierać nam się nie było wolno, wiec ruszyliśmy. Trzeba było iść wolno bo bańki były po czubki zapełnione.( dopełniła babcia

) Mijały minuty... godziny.... a my tak szliśmy raz w lewo raz w prawo, raz prosto raz na ukos.. jak tam jej się w danym momencie uwidziało. Zapadł zmrok, ciężko było zobaczyć cokolwiek. Kuzynka potknęła się - bańka sru na ziemie a z nią te piękne jagódki. ( i dobrze bo pół bańki mniej i jest lżej iść

) Jesteśmy głodne... jemy wszystkie z mojej ( i dobrze bo pól bańki mniej i jest lżej iść

).
My z nudów robimy sobie koraliki – z czego ? z jagód, a babcia uparcie twierdzi ze zna teren i nas zaraz wyprowadzi.
Ok. 21.00 widzimy w oddali na drodze jakieś auto – zapakowane workami. Krzyczymy wołamy, lecz nikt się nie odzywa.
Dochodzi 22.00 - Babcia płacze. A my opowiadamy sobie historie z dreszczem, o tym jak ktoś pomordował ludzi w lesie i zapakował ciała do worków. A teraz poszedł szukać następnych ofiar. ...
23.00 – Babcia każe nam klękać i modlić się o znalezienie drogi. Najpierw różaniec, potem inne modlitwy i śpiewy ( myślę ze nawet jeśli ktoś przypadkiem byłby o północy w lesie to i tak by uciekł myśląc ze to jakąś sekta ) .
Po jakiś 15 minutach marszu – widzimy światła ..po czym tabliczkę z miejscowością oddalona od miejsca w którym zaczynaliśmy wędrówkę o 19 km....Trzeba było jeszcze dotrzeć do domu....Babcia zatrzymuje auto przejeżdżające obok nas ( widząc takie umazane czarne sieroty – kto by się nie zatrzymał ??

) Nie mogą nas zabrać bo nie ma tylu wolnych miejsc, wiec Pan zapisuje adres pod którym ma poinformować kogoś z rodziny gdzie czekamy. Były urodziny wujka wiec cała rodzina się tam zebrała.. Jagody miały być do ciasta......Wszyscy mężczyźni zamiast pić wódkę, porozjeżdżali się we wszystkie strony by nas szukać. Przyjechała wiec po nas mama....
Babcia dostała niezła reprymendę od rodzinki...
Na drugi dzień widzę rano przez zamglone oczy twarz babci....szturcha mnie i pyta... idziesz dziś ze mną na jagody, bo wczoraj połowa nam się wysypała i połowę zjadłyśmy ?
-
Mariusz Z:
-
tańcząca_w_ciemnościach:
-
Parole:
Pokaż wszystkie (8) ›